Bieg bez mety. O chorobie pośpiechu, która udaje sukces
Żyjemy w rytmie wiecznego sprintu. Choroba pośpiechu udaje ambicję, lecz po cichu wykańcza. Jak ją rozpoznać i odzyskać kontrolę nad własnym czasem?
“Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam. Na pierwszej stacji, teraz, tu!”
Anna Maria Jopek, "Ja wysiadam"
Więcej. Szybciej. Mocniej. Zawsze „na wczoraj”
Zrobić więcej. Być czymś więcej. Osiągnąć. Wyciągnąć więcej. Dostrzec okazje. Skorzystać. Często to nie są negocjowalne kwestie. W 2024 wyniki badania Global Workforce Hopes & Fears ujawniło, że blisko połowa pracowników na świecie uznała iż w ostatni rok przyniósł im zwiększenie obciążenia pracą a 62% z 56 tysięcy badanych osób twierdziło, że tempo wykonywania pracy wzrosło. Nie mamy wyboru, chcemy czy nie chcemy musimy się dostosować - a przynajmniej tak to postrzegamy. Presja wyników, tempo zmian, chaos kierunków, niepewność, koszty codzienności wszystko to sprawia, że wielu z nas klei życie z pośpiechu przeplatanego chwilami względnego spokoju.
„Hurry sickness” – choroba, której nikt oficjalnie nie diagnozuje
Nieposkromione pragnienie robienia wiele może prowadzić do czegoś, co 50 lat temu kardiolodzy Friedman i Roseman nazwali „hurry sickness”. Dosłownie choroba pośpiechu to potoczne określenie stosowane do opisania mieszanki, na którą składają się: przewlekłe poczucie presji czasu, ciągły pośpiech, poczucie winy, gdy „nic się nie robi” a także irytacji, która pojawia się zawsze, gdy coś nie idzie tak jak zaplanowaliśmy. Hurry sickness nie jest diagnozowalna, ale jeżeli :
· mam ciągłe poczucie, że brak mi czasu, nawet gdy obiektywnie jest go dość;
· robię kilka rzeczy naraz, mówię, jem, a nawet chodzę w pośpiechu;
· irytuje mnie stanie w kolejkach, a tkwienie w korkach wysadza wewnętrzne tamy spokoju,
· nie znoszę marnować ani chwili;
· stale towarzyszy mi poczucie, że jestem w tyle; cokolwiek zrobię to nie wystarczy;
· trudno przychodzi mi odpoczywanie; czuję, że zamiast się relaksować powinienem wtedy robić coś konkretnego i produktywnego
Jeżeli możesz się pod tym podpisać to witaj w klubie – siadaj obok, ja też tu jestem – poczekajmy razem aż ucierpi nasze zdrowie tak fizyczne, jak i psychiczne.
Dopamina, czyli nagroda za bieganie w kółko
Tak, czasami poczujesz się lepiej – wykonane zadanie, osiągnięty cel, docenienie mogą wywołać wyrzuty dopaminy w mózgu. Tyle, że to trochę jak z narkotykiem. Im więcej osiągamy, tym bardziej pragniemy poczucia satysfakcji. Wszystko układa się w nieciekawy wzorzec; ciągle się spieszę, nie dosypiam, nie ćwiczę, a podstawową nagrodą jest krótkotrwałe działanie neuroprzekaźnika w mojej głowie.
„Nie umiem odmówić” – paliwo dla pośpiechu
U osób, które identyfikują się jako osoby starające się zadowolić innych, choroba pośpiechu może być jeszcze częstsza. Mówienie „nie” wydaje się trudne, więc podejmujesz się dodatkowych zadań i obowiązków, a to wszytko kosztem własnego samopoczucia. Badania pokazują też, że osoby, które boją się odmówić często czują się nadmiernie odpowiedzialne za wyniki zespołu, przejmują cudze zadania, wchodzą w tryb „muszę ogarnąć wszystko”.
Pośpiech w masce skuteczności
Jednym z powodów, dla których hurry sickness bywa trudna do rozpoznania, jest to, że często maskuje się jako skuteczność, produktywność, nastawienie na osiągnięcia. Ponieważ w wielu miejscach są to cechy wysoko cenione a przy tym kojarzone z dobrym wykonywaniem pracy, łatwo nie zauważyć, że coś zaczyna iść nie tak. — aż do momentu, gdy ciągły pośpiech zacznie zbierać swoje żniwo w postaci zmęczenia, błędów lub spadku dobrostanu.
Badaniaprowadzone przez rok na grupie prawie 400 studentów pokazały, że ciągła presja czasu i życie w trybie wiecznego pośpiechu powolutku wykańczają psychicznie. Ten chroniczny pęd prowadzi do wypalenia i sprawia, że obserwujemy coś co nazywa się zdrowotną utratą produktywności – studenci są na uczelni, ale mimo obecności na zajęciach są mniej efektywni, gorzej się koncentrują i osiągają mniej, niż by chcieli.
Systemowy pośpiech: lekarze, technologia, „zawsze online”
Choroba pośpiechu to nie tylko problem korpo, to też realne wyzwanie na przykład w służbie zdrowia. Badania,jakie znalazłem dotyczą akurat Arabii Saudyjskiej, ale poczekajcie a zobaczycie, że podobne rzeczy obserwujemy też u nas. Badano lekarzy rodzinnych, okazało się, że ponad połowa z nich doświadcza chronicznego poczucia pośpiechu i braku czasu. Problem w tym, że gdy w pośpiechu są i lekarze, i pacjenci, komunikacja siada podwójnie: trudniej o spokojną rozmowę, wspólne podejmowanie decyzji i realne zrozumienie problemów zdrowotnych. Autorzy podkreślają, że bez zmian organizacyjnych i treningów komunikacyjnych ten „systemowy pośpiech” będzie dalej obniżał jakość opieki.
Częściowo powszechność choroby pośpiechu zawdzięczamy kombinacji, na którą składają się gwarantująca ciągłą dostępność technologia, presja na efektywność i fale zwolnień w wielu firmach. W efekcie wielu pracowników funkcjonuje w stanie permanentnego napięcia. Badania pokazują, że taka presja czasu i bycie „zawsze online” zwiększają skłonność do przychodzenia do pracy mimo choroby, a to z kolei odbija się negatywnie na zdrowiu psychicznym i ogólnym dobrostanie. Innymi słowy: im więcej pośpiechu i presji, tym większe ryzyko, że ludzie będą „cisnąć” mimo wyczerpania – i tym gorzej zapłacą za to psychicznie. Długoterminowe badania pracowników w Finlandii wykazały, że silna presja czasu zwiększa ryzyko długich zwolnień lekarskich a pewnym buforem jest tylko wysoka kontrola nad własnym czasem pracy.
Szef z syndromem pośpiechu
Ciekawym wątkiem jest choroba pośpiechu szefów. Przełożeninią dotknięci częściej stosują autokratyczny styl przywództwa, szczególnie gdy uważają, że mają wysoką pozycję względem podwładnych. To pośrednio zwiększa stres i presję czasu pracowników . Przywódca w „hurry sickness” może więc „zarażać” podwładnych swoim pośpiechem.
Wyobraź sobie pracownika, który codziennie wchodzi do biura z tym samym uczuciem w brzuchu: „muszę zdążyć, muszę dowieźć, nie mogę odpuścić”. Z zewnątrz wygląda jak ktoś, kto świetnie panuje nad chaosem. W środku jednak biegnie sprint, który nigdy się nie kończy. Choroba pośpiechu każe przyspieszać, nawet kiedy organizm błaga o przerwę. Hurry sickness sprawia, że ludzie nie potrafią się zatrzymać. Prezenteizmjest konsekwencją tego biegu — cichą, kosztowną i wyniszczającą. I dopóki pracownicy wierzą, że „muszą ogarnąć wszystko”, firmy będą płacić za to podwójnie: pieniędzmi i zdrowiem swoich ludzi.
I co dalej? Jak wyhamować?
Jeśli chcemy serio ograniczyć kulturę wiecznego pośpiechu i hurry sickness, to same „techniki zarządzania sobą” nie wystarczą — potrzebne są zmiany i na poziomie organizacji, i pojedynczych osób. Na poziomie systemowym chodzi m.in. o to, by firmy i instytucje przestały nagradzać wyłącznie tempo i „wykonanie za wszelką cenę”, a zaczęły brać pod uwagę jakość, bezpieczeństwo i długofalowe konsekwencje pracy. Ogromne znaczenie ma większa kontrola nad czasem pracy (elastyczne godziny, realny wpływ pracownika na grafik, realistyczne obciążenie zadaniami, limity nadgodzin oraz kultura, w której choroba oznacza odpoczynek w domu, a nie „bohaterskie” przychodzenie do pracy). Z drugiej strony, na poziomie indywidualnym badania (np. wśród lekarzy rezydentów) podpowiadają proste, choć nie zawsze łatwe praktyki: chronione bloki czasu na prawdziwy odpoczynek bez maili i Slacka, stawianie granic po godzinach pracy, ograniczanie zbędnych zadań na rzecz delegowania i priorytetów oraz dbanie o podstawy regeneracji – sen, ruch i relacje, które jako pierwsze wypadają z kalendarza, gdy żyjemy w permanentnym niedoczasie.
Pamiętasz po co biegniesz?
Chory na pośpiech czuję się jak biegacz na bieżni. Na początku jest cel, plan, motywacja. Po kilku okrążeniach zostaje już tylko rytm; tempo; zawsze szybciej, i obietnica: jeszcze tylko jedno kółko. Ktoś bije brawo, ktoś krzyczy „dawaj!”, a ja nie do końca wiem, czy biegnę po medal, czy tylko po to, żeby się nie zatrzymać.
Hurry sickness z zewnątrz wygląda jak ambicja. Od środka bywa ucieczką przed ciszą i zmęczeniem. Jednak najtrudniejszym ruchem w tym wyścigu nie jest przyspieszyć, tylko na moment się zatrzymać — i sprawdzić, czy to wciąż mój bieg.