Dobrze zagrać i przegrać. Dlaczego tak łatwo oceniamy decyzje po ich skutkach — i czemu to bywa niesprawiedliwe?

Nawet jeśli wybierzesz najlepsze dostępne działanie, czasem i tak możesz skończyć ze złym wynikiem.

Dobrze zagrać i przegrać. Dlaczego tak łatwo oceniamy decyzje po ich skutkach — i czemu to bywa niesprawiedliwe?
„Lekarz prowadzący leczenie nie jest gwarantem wyleczenia ani trafnej diagnozy. Ponosi on odpowiedzialność odszkodowawczą za niefortunne skutki leczenia tylko wtedy, gdy zostanie wykazane, że odstąpił od standardu opieki, który jest znany jako zwyczajowa praktyka medyczna”.

Sąd Najwyższy stanu Michigan

Brzmi sensownie. W końcu żaden lekarz nie jest cudotwórcą. Nie każda diagnoza będzie trafna, nie każde leczenie skuteczne, nie każdy pacjent wyzdrowieje. To chyba jasne. A jednocześnie mamy prawo oczekiwać, że każdy lekarze lekarz będzie działać zgodnie z wiedzą, starannością i standardami swojej profesji.

Tyle rozsądek i logika, jeżeli chodzi o ocenę.

A jak jest naprawdę?

Problem, którym dzisiaj się zajmę, pojawia się gdy znamy już skutek decyzji.

Wtedy gdy pacjent cierpi, a operacja się nie udała.

Ale wyjdźmy ze szpitala.

Pójdźmy dalej: inwestycja przyniosła stratę, kandydat przegrał konkurs, uczeń nie zdał, a napastnik nie trafił do bramki. Wtedy nierzadko słyszymy: „trzeba było wybrać inaczej”.

Mamy skłonność do oceniania jakości decyzji przez pryzmat tego, co wydarzyło się później. Innymi słowy: ocena decyzji zależy od jej konsekwencji. W psychologii określa się to jako outcome bias. Jeśli skutek jest dobry, decyzja wydaje się mądra. Jeśli skutek jest zły, decyzja nagle wygląda na głupią, lekkomyślną albo moralnie podejrzaną.

Coś jak obciążające sąsiada „widziały gały, co brały”, powtarzane w trakcie plotkowania o niewierności sąsiadki. Dopóki małżeństwo wyglądało dobrze, mówiono: „ładna para”, „dobrze się dobrali”, „ona taka miła, on taki zaradny”. Gdy jednak wychodzi na jaw zdrada, historia zostaje przepisana od początku. Nagle on „musiał być ślepy”, „przecież to było widać”, „ona zawsze miała coś takiego w oczach”. Znając finał, zaczynamy udawać, że był on oczywisty już od pierwszego odcinka.

Outcome bias działa właśnie tak: wynik przepisuje opowieść no nowo.

Jeszcze jeden przykład? Proszę bardzo. Weźmy na warsztat komentarze sportowe. Gdy napastnik strzela gola, zwykle słyszymy, że „podjął świetną decyzję”, „zaufał instynktowi”, „świetnie odczytał sytuację”, „wybrał prostsze, ale skuteczne rozwiązanie”.

A co się dzieje, gdy w tej samej sytuacji nie trafia? Wtedy „za bardzo chciał sam zakończyć akcję”, „wybrał najgorsze możliwe rozwiązanie”, „zachował się egoistycznie”, „powinien był podawać”, „zmarnował pracę całej drużyny”.

Ta sama decyzja. Inny wynik. Inna historia.

To zjawisko pojawia się właściwie wszędzie tam, gdzie decyzje oceniamy po fakcie. Widać je w medycynie, lotnictwie i innych obszarach związanych z bezpieczeństwem.  Tam łatwo powiedzieć „ktoś zawinił”, gdy już wiemy, że doszło do szkody. W sądach i instytucjach nadzoru skala konsekwencji często wpływa na to, jak surowo oceniamy wcześniejsze decyzje. W firmach podobnie: menedżerowie chętnie chwalą tych, których pomysły przyniosły widoczny sukces, i krytykują tych, którym się nie udało — nawet jeśli jedni i drudzy myśleli rozsądnie oraz działali na podstawie podobnych informacji. W inwestycjach finansowych działa to chyba najostrzej: udane ryzyko nazywamy wizją, nieudane — lekkomyślnością.

W klasycznym badaniu Baron i Hershey pokazali ten mechanizm w serii eksperymentów. W jednym z nich dali uczestnikom krótkie historie o decyzjach medycznych i poprosili, żeby ocenili, czy były dobre, oraz by uzasadnili swoją opinię. Historie różniły się właściwie tylko tym, jak wszystko się skończyło: sukcesem albo porażką.

I tu zaczyna się ciekawa część. Dokładnie te same decyzje były oceniane lepiej, kiedy kończyły się dobrze, a gorzej, kiedy finał był negatywny. Choć ludzie twierdzili: „oceniam decyzję”, w praktyce bardzo mocno patrzyli na wynik. Co więcej, działo się tak nawet wtedy, gdy sami deklarowali, że rezultat nie powinien mieć znaczenia dla oceny decyzji.

Podobny mechanizm widać w badaniach nad tzw. moral luck, czyli sytuacją, w której oceniamy moralnie człowieka za coś, na co nie miał pełnego wpływu. W eksperymentach dotyczących inwestycji okazało się, że ta sama decyzja finansowa była uznawana za bardziej moralną, gdy przynosiła zysk, a mniej moralną, gdy kończyła się stratą. Zyskowne decyzje częściej nazywano „inwestycją”, a stratne — „spekulacją” albo wręcz „hazardem”. Innymi słowy: kiedy ktoś zarobił, wygląda jak rozsądny inwestor; kiedy stracił, nagle staje się spekulantem.

Spróbujcie sami.

Oceńcie zachowanie naukowca pracującego nad nowym lekiem. Wyniki badań nie wyglądają najlepiej, więc nasz badacz zaczyna przy nich majstrować: trochę przesuwa dane, trochę pomija niewygodne obserwacje, trochę „wygładza” tabelę, żeby lek wyglądał na skuteczniejszy, niż naprawdę wynikało z eksperymentu.

Jak oceniasz jego zachowanie?

Pewnie dość surowo. Fałszowanie wyników badań medycznych brzmi jak coś, za co powinno się nie tylko stracić pracę, ale też dostać dożywotni zakaz zbliżania się do laboratorium.

A teraz dodajmy zakończenie.

Lek trafia na rynek i okazuje się bezpieczny oraz skuteczny. Pomaga pacjentom. Nikt nie cierpi. Czy naukowiec nadal jest tak samo winny?

Czy nie jest tak, że ten sam czyn — manipulowanie wynikami — wydawał się mniej naganny, jeśli lek ostatecznie działa?

A przecież problem pozostaje ten sam. Ktoś, kto fałszuje wyniki badań nad lekiem, stanowi zagrożenie niezależnie od tego, czy tym razem miał szczęście.

(Na marginesie tylko dodam, że autorka badania, w którym wykorzystano ten przykład została oskarżona o … nierzetelność badawczą.)

Problem oceny oparty na skutkach ma też drugie oblicze. Dobra decyzja może doprowadzić do złych skutków, a zła może przypadkiem przynieść świetny efekt. Jeśli ktoś przebiega przez ulicę na czerwonym świetle i nic mu się nie dzieje, nie znaczy to, że podjął dobrą decyzję. I odwrotnie: jeśli ktoś przechodzi prawidłowo przez pasy, a mimo to zostaje potrącony przez kierowcę łamiącego przepisy, nie znaczy to, że „źle przechodził przez ulicę”.

Dobrze zagrać i przegrać. Dlaczego tak łatwo oceniamy decyzje po ich skutkach — i czemu to bywa niesprawiedliwe?
Nawet jeśli wybierzesz najlepsze dostępne działanie, czasem i tak możesz skończyć ze złym wynikiem. @ekonomiaszczescia

Dlaczego więc tak bardzo lubimy oceniać zdarzenia po wyniku?

Bo to pomaga nam oswoić chaos. Outcome bias jest blisko spokrewniony z wiarą w sprawiedliwy świat — przekonaniem, że ludzie zasadniczo dostają to, na co zasługują. Jeśli biedni są biedni z własnej winy, przegrani przegrali, bo źle grali, a poszkodowani „musieli coś zrobić nie tak”, świat wydaje się bardziej uporządkowany. Nie trzeba wtedy mierzyć się z niewygodną myślą, że o naszym losie decydują także przypadek, pochodzenie, zdrowie, kontakty, instytucje, rynek pracy czy zwykły pech.

Outcome bias działa więc trochę jak melisa w czopkach: pozwala nadać sens wynikowi, nawet jeśli ten sens jest dopisany już po fakcie. Skoro ktoś skończył źle, to pewnie gdzieś po drodze popełnił błąd. Skoro ktoś wygrał, to pewnie podejmował dobre decyzje. Problem w tym, że to często nie jest analiza, tylko opowieść, którą tworzymy, żeby uporządkować sobie wizję świata.

Nie chodzi oczywiście o to, żeby przestać oceniać decyzje. Chodzi o to, żeby oceniać je uczciwiej. Pytać nie tylko: „jak się skończyło?”, ale też: „czy podejmując decyzję zrobiono to starannie?”.

Jest taka scena w Star Trek: The Next Generation, w której kapitan Jean-Luc Picard mówi zdanie brzmiące trochę jak hollywoodzka wersja Marka Aureliusza, a trochę jak brutalnie uczciwa instrukcja życia:

„It is possible to commit no mistakes and still lose. That is not a weakness. That is life.”

Czyli: można nie popełnić żadnego błędu i mimo to przegrać. To nie jest słabość. To jest życie.

Proste. Przecież każdy to wie. A jednak jest w tym zdaniu coś bardzo mentalnie uwierającego. Lubimy wierzyć, że świat działa według pewnych zasad: ucz się — zdasz; starają się — awansujesz; bądź dobry — ludzie będą dobrzy dla ciebie; podejmuj dobre decyzje — osiągniesz dobre wyniki. Problem w tym, że życie czasami zachowuje się jak egzaminator, który zgubił klucz odpowiedzi.

Czasem ktoś przegrywa, ponieważ zagrał źle. Innym razem przegrywa mimo dobrej gry.

I tu wracamy do Picarda.

Można dobrze się przygotować i nie dostać pracy. Można podjąć rozsądną decyzję i ponieść stratę. Można działać zgodnie ze standardami i mimo to nie osiągnąć dobrego wyniku. To nie znaczy, że wysiłek nie ma sensu. To znaczy tylko, że wysiłek zwiększa szanse, ale nie daje gwarancji.

Mi też ciężko przychodzi pogodzenie się z tym.