35 znaczków. Od mózgu małpy do człowieka czytającego

Czytanie sprawia, że człowiek czuje się połączony z doświadczeniami innych i dzięki temu mniej dziwny.

35 znaczków. Od mózgu małpy do człowieka czytającego
Kiedy wszystko inne zawiedzie, dajcie za wygraną i idźcie do biblioteki.
Stephen KingDallas '63

To właściwie jest dość zabawne. Bierzemy 35 umownych znaków graficznych, ustawiamy je w różnej kolejności, a potem udajemy, że to najbardziej naturalna rzecz na świecie. Litery. Słowa. Zdania. Akapity. Książki. Siedzę w fotelu, przesuwam wzrokiem po czarnych śladach na papierze i widzę zorzę polarną, czuję niepokój bohatera, słyszę trzask drzwi, domyślam się zdrady, cierpię po stracie (do dzisiaj, po latach od pierwszej lektury Gry o Tron nie wybaczyłem Martinowi uśmiercenia Neda Starka), zakochuję się, złoszczę, wzruszam… genialne.

Pismo. Zwykle zakładamy, że język jest czymś naturalnym dla człowieka. A skoro tekst to nic innego jak zapisany język, to czytanie też musi być naturalne. Nie jest. Naturalne jest to, że widzimy. Naturalne jest to, że wydajemy z siebie dźwięki. Naturalne jest to, że potrafimy rozpoznawać twarze, przedmioty, ruch i niebezpieczeństwo. Ale czytanie? Czytanie jest świeżynką. Ma, jak się szacuje, około 6 tysięcy lat, czyli w skali ewolucji tyle, co chwilę temu. Zbyt mało, żeby natura zdążyła powiedzieć: dobrze, dorzućmy człowiekowi specjalny obszar mózgu do leżenia w hamaku i w ciągania się w prozę Wolwowicz, Siembiedy, Gorzki czy Nesbø. W porządku, rozumiem, ewolucja miała na głowie rzeczy pilniejsze: nie dać się zjeść, znaleźć jedzenie, rozpoznać wroga, dogadać się z innymi. Powieść kryminalna na hamaku raczej nie była wysoko na liście priorytetów. Jednak to marne wytłumaczenie i tak uważam, że powinna coś z tym zrobić.

Czytanie jest zatem kulturowym wynalazkiem Nie mamy go w wyposażeniu fabrycznym. Robimy nowe rzeczy na starych podzespołach. Naukowcy Stanislas Dehaene i Laurent Cohen nazwali to zjawisko „recyklingiem neuronalnym”: nowe kulturowe umiejętności, takie jak czytanie, wykorzystują starsze obwody mózgowe, stworzone pierwotnie do innych zadań, zwłaszcza rozpoznawania kształtów i obiektów. Mózg nie dostał więc od ewolucji modułu „książka” ale użył to co już miał, na użytek liter, słów i zdań. Sprytne.

Kiedy czytacie książkę, nie bierzcie pod uwagę tylko tego, co mówi autor, weźcie pod uwagę również to, co myślicie wy. Musicie starać się odnaleźć własny głos, chłopcy.
Nancy H. Kleinbaum, Stowarzyszenie umarłych poetów

Współczesna nauka pokazuje, że kiedy czytamy, mózg nie zachowuje się jak bierny skaner tekstu. Nie siedzi i nie mówi: „litera, litera, litera, słowo, przecinek, trochę nudy”. W badaniach Nicole Speer, Jeffreya Zacksa i współpracowników uczestnicy czytali krótkie opowiadania w skanerze fMRI. Gdy w narracji zmieniały się miejsce, działania bohaterów, przedmioty albo cele postaci, zmieniała się też aktywność mózgu czytelników. Co więcej, reagowały obszary związane z podobnymi doświadczeniami w prawdziwym życiu: ruchem, chwytaniem, orientacją przestrzenną. Innymi słowy: kiedy bohater sięga po przedmiot, część naszego mózgu zachowuje się tak, jakby rozumiała ten gest nie tylko jako pojęcie, ale jako działanie.

A zatem: dobra historia nie jest tylko informacją. Jest symulacją rzeczywistości. Czytając, nie tylko „wiemy”, co się dzieje. W pewnym sensie towarzyszymy wydarzeniom. Przechodzimy z bohaterem przez pokój, czujemy napięcie sceny, domyślamy się, co kryje się za milczeniem. Mózg robi coś, co bardzo przypomina próbę generalną życia, tylko bez konieczności wychodzenia z domu.

Co więcej, czytanie nie kończy się na umyśle. Wchodzi też w ciało. Niedawne badanie aktywności wewnątrzczaszkowej pokazało, że zdania odnoszące się do doznań cielesnych, takich jak ból czy zimno, selektywnie aktywowały tylną część wyspy — obszar związany z przetwarzaniem doznań z ciała. Reakcja pojawiała się bardzo szybko, około 170 milisekund po bodźcu, a jej siła wiązała się z tym, jak intensywny ból subiektywnie wywoływało zdanie. Czyli kiedy czytamy „to mnie pali”, mózg nie traktuje tego wyłącznie jak metafory do rozłożenia na części. On potrafi odwołać się do cielesnego śladu doświadczenia.

Może dlatego książki czasem zostają w nas tak mocno. Bo nie trafiają wyłącznie do głowy. Trafiają też do ciała, napięcia mięśni, rytmu oddechu, ścisku w żołądku.

A teraz ta mniej przyjemna część o czytaniu. Problem polega na tym, że coraz trudniej znaleźć na nie czas i ochotę. W Polsce w 2025 roku lekturę co najmniej jednej książki zadeklarowało 41% osób powyżej 15. roku życia. Czyli znacznie mniej niż połowa. Raport o Stanie Czytelnictwa w Polsce wskazuje, że poziom ten jest stabilny, ale stabilność nie zawsze jest dobrą wiadomością. Stabilnie można też nie-ćwiczyć, nie-spać i odkładać wizytę u dentysty.

Podobne sygnały widać poza Polską. Analiza American Time Use Survey obejmująca lata 2003–2023 i ponad 236 tysięcy osób pokazała wyraźny spadek codziennego czytania dla przyjemności w USA. Odsetek osób czytających dla przyjemności w przeciętnym dniu spadł z około 28% w 2004 roku do 16% w 2023 roku. To nie jest drobny retusz. To niepokojąca zmiana codzienności.

Wziąłem kurs szybkiego czytania, zdołałem przeczytać "Wojnę i pokój" w dwadzieścia minut. To jest o Rosji.
Woody Allen

Nie chodzi jednak tylko o to, że czytamy mało.  Zmieniła się też czytana treść. Zdania, które pojawiają się we współczesnych książkach stają się krótsze i prostsze. The Economist przeprowadził analizę stu bestsellerów New York Timesa i okazało się, że od lat 30 XX wieku do dzisiaj, średnia długość zdań w popularnych książkach skróciła się o jedną trzecią.

Pisząc to, nie chcę lamentować, choć jako miłośnik książek nieco się martwię. Ludzie czytają różne rzeczy: wiadomości, posty, maile, komentarze, opisy produktów, których nie potrzebują. Problem nie polega więc tylko na tym, że mniej czytamy książki. Problem polega na tym, że coraz częściej karmimy uwagę krótkimi, poszarpanymi porcjami tekstu.

A książka wymaga trwania, ciągłości. Nie skoku. Nie ciągłego „co dalej?”, ale zgody na to, że sens będzie się budował powoli. Czytanie powieści to jedna z tych rzadkich czynności, które mówią układowi nerwowemu: zostań. Nie przewijaj. Nie uciekaj. Bądź tutaj.

Czytanie sprawia, że człowiek czuje się połączony z doświadczeniami innych i dzięki temu mniej dziwny.
 Holly-Jane Rahlens, Nieskończoność

Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto czytać książki. Literatura może być treningiem rozumienia innych ludzi. Psychologowie nazywają tę zdolność teorią umysłu: chodzi o umiejętność domyślania się, co ktoś czuje, myśli, czego pragnie, czego się boi i dlaczego czasem mówi „nic się nie stało”, choć oczywiście stało się wszystko. Żeby dobrze funkcjonować z innymi ludźmi, musimy zakładać, że w ich głowach dzieje się coś, czego nie widzimy: mają swoje myśli, emocje, intencje i mogą rozumieć tę samą sytuację zupełnie inaczej niż my. Nazywa się to teorią umysłu właśnie dlatego, że nigdy nie mamy bezpośredniego dostępu do cudzych przeżyć — obserwujemy zachowanie, słowa, gesty i na tej podstawie tworzymy hipotezy o tym, co ktoś czuje albo myśli.

W słynnym badaniu Davida Kidda i Emanuele Castano osoby czytające krótkie fragmenty literatury pięknej osiągały lepsze wyniki w zadaniach mierzących teorię umysłu niż osoby czytające literaturę popularną, literaturę faktu albo nieczytające niczego. Autorzy twierdzili, że literatura piękna może chwilowo wyostrzać społeczną uwagę, bo nie podaje bohaterów w prostych etykietach: dobry, zły, zakochany, zdradzony, winny. Zmusza nas do tego by samemu dopowiadać, wątpić, interpretować.

Trzeba jednak uczciwie dodać, że późniejsze badania nie zawsze potwierdzały ten efekt. Próba replikacji Panero i współautorów nie wykazała jednoznacznie, że przeczytanie jednego krótkiego fragmentu literatury pięknej natychmiast poprawia teorię umysłu. Bardziej prawdopodobne jest coś mniej spektakularnego, ale ciekawszego: długotrwały kontakt z fikcją może wiązać się z lepszym rozumieniem ludzi, choć nie wiemy do końca, co jest przyczyną, a co skutkiem. Może literatura nas uwrażliwia. A może ludzie bardziej wrażliwi częściej po nią sięgają. Pewnie jedno i drugie po trochu.

Metaanaliza Dodell-Feder i Tamir sugeruje, że czytanie fikcji ma mały, ale statystycznie istotny pozytywny wpływ na to, jak rozumiemy innych i jak odnajdujemy się w sytuacjach społecznych. Ok, efekt jest mały. Żadnej magii. Żadnego „przeczytaj Czechowa i od jutra będziesz dobrym człowiekiem”. Raczej delikatne przesunięcie: trochę więcej czujności wobec cudzych emocji, trochę więcej gotowości, by nie ufać pierwszej ocenie, trochę więcej cierpliwości wobec ludzkiej niejednoznaczności. I może właśnie dlatego warto czytać. Nie dlatego, że książki automatycznie czynią nas lepszymi. To byłoby zbyt proste. Warto czytać, bo książka pozwala nam pobyć przez chwilę w cudzej głowie.

Czytanie zaczyna się od umiejętności rozpoznawania 35 znaków. A kończy tam, gdzie dobrze napisany tekst, nie tyle mówi nam, co mamy myśleć o innych ludziach, ile zmusza nas do myślenia jak inni ludzie mogą doświadczać świata. Naukowcy twierdzą, że to właśnie uczyniło nas ludźmi.  I ja się z tym zgadzam.