Czytanie ze zrozumieniem

Czytanie ze zrozumieniem to nie szkolna fanaberia, lecz warunek sprawczości. Bez niego łatwiej nami manipulować, trudniej korzystać z praw, usług i wiedzy. A wyniki OECD pokazują, że dorośli Polacy mają z tym coraz większy problem.

Czytanie ze zrozumieniem

Zacznę od zasłyszanej ostatnio historii. Pewna nauczycielka dostała od rodzica jednego ze swoich uczniów wiadomość mailową. Autor wiadomości nie pokładał wiary w to, że pisownia jest istotna. małe i wielkie litery były używane w sposób przypadkowy, reguły gramatyczne nie występowały, czasami przerwy pojawiały się między wyrazami a czasami w ich środku. Do tego mail ujawnił, że autor posiadał szeroki zakres słownictwa nieznanego szerzej i, tego dodawać nie trzeba, nie ufał znakom interpunkcyjnym.  W efekcie, choć adresatka maila starała się bardzo, to nie była w stanie nawet zbliżyć się do zrozumienia, otrzymanej wiadomości. Wtedy zrobiła to, co wielu dzisiaj już robi. Wkleiła wiadomość do chata GPT i dopisała pytanie: w jaki sposób mogę odpowiedzieć na tego maila? Po dłuższej chwili Chat wypluł wiadomość: „Nie umiem Ci pomóc”.

Ta historia, co zauważam nie bez zadowolenia, pokazuje ograniczenia sztucznej inteligencji, ale też dobrze wprowadza nas w zagadnienie, któremu poświęcam dzisiejszy wpis: czytanie ze zrozumieniem. Wspomniana nauczycielka przeczytała i nie zrozumiała. W tym przypadku oczywistym powodem była zaangażowana niekomptencja językowa autora. Gorzej, gdy nie rozumiemy, ale przyczyna jest w nas, a nie w tekście, z którym przychodzi nam się zmierzyć. Ja na ten przykład nie rozumiem tego co pisze do mnie dostawca energii elektrycznej. Próbowaliście kiedyś zrozumieć 8 różnych pozycji na rachunku za prąd?

Ale mniejsza o składnik zmienny stawki sieciowej, opłatę kogeneracyjną i mocowa. Problem czytania ze zrozumieniem jest znacznie szerszy niż korespondencja z elektrownią.

Czytanie ze zrozumieniem, czyli co właściwie?

Tak właściwie z czym Ci się kojarzy termin: „czytanie ze zrozumieniem”? Test w szkole? Egzamin? A może nieśmiertelne pytanie polonistów: „co autor miał na myśli?”.  Bez względu na to, którędy podążają Twoje skojarzenia – na chwilę proszę zapomnij o nich i skup się na tym, jak to pojęcie było opisane w badaniach przeprowadzonych w krajach OECD. A  w nich, osoba czytająca ze zrozumieniem to taka, która nie tylko potrafi przeczytać tekst, ale też znaleźć w nim ważne informacje, porównać je, odróżnić rzeczy istotne od rozpraszających i wykorzystać tę wiedzę w praktyce. Nie wystarczy „przelecieć wzrokiem”. Trzeba naprawdę zrozumieć. Rozpoznawanie słów, bez zrozumienia tekstu, to jak głaskanie kota przez szybę.

Polska w ogonie krajów OECD

Kiedy już wiemy, o czym mówimy, pójdźmy o dalej. Ostrzegam, nie będzie to miła przechadzka. Wyniki wspomnianego wcześniej badania mówią wprost:  Polska należy do krajów OECD o najniższym poziomie kompetencji w obszarze czytania wśród dorosłych. Brutalnie i szczerze:

duża część dorosłych  Polaków nie rozumie co czyta.

Nie dlatego, że nie potrafią poskładać literek w słowa. Potrafią. Ale męczą się by zrozumieć treść, gdy tekst jest dłuższy, zawiera kilka informacji naraz, wymaga porównania danych albo odróżnienia tego, co ważne, od tego, co mniej istotne.

Jesteście jeszcze ze mną?

 Rozumiecie to, co piszę?

To znaczy, że nie jesteście statystycznymi Polakami.

Niestety dalej też nie będzie miło.

Młodzi dorośli czytają gorzej niż dekadę temu

Problem z czytaniem się pogłębia. OECD porównało wyniki dorosłych z najnowszego badania z rezultatami sprzed mniej więcej dekady. W wielu krajach widać spadek, ale Polska wyróżnia się szczególnie niepokojąco. W badanych krajach osoby w wieku 25–34 lata uzyskały w 2023 roku średnio o 9 punktów mniej niż osoby w tym samym wieku badane w latach 2012–2015. W Polsce ten spadek był niemal cztery razy większy (!) — wyniósł aż 34 punkty. Innymi słowy: dzisiejsi młodzi dorośli w Polsce radzą sobie z czytaniem ze zrozumieniem wyraźnie gorzej niż ich rówieśnicy sprzed dekady.

To dopiero drugie tego typu badanie a zatem nie możemy jeszcze mówić o tym, że obserwujemy trend. Na razie to po prostu spadek wyników. Duży. Bardzo duży. A co jeszcze bardziej niepokojące: dotyczy osób, które stosunkowo niedawno zakończyły edukację. To trochę tak, jakby ktoś, zaraz po skończeniu kursu gotowania, nie był w stanie przygotować jajecznicy.

Gdyby problem dotyczył wyłącznie starszych pokoleń, łatwo można by powiedzieć: świat się zmienił, technologie się zmieniły, szkoła wyglądała inaczej. Ale tu widzimy coś, co niezwykle trudno zignorować, a co niestety dostarcza  powodów do narzekania na młode pokolenia: współcześni młodzi Polacy radzą sobie z czytaniem i rozumieniem tekstu wyraźnie gorzej niż młodzi dorośli jeszcze dekadę temu.

Dyplom to jeszcze nie wykształcenie

To jeszcze nic. Mnie najbardziej porusza fakt, że ci młodzi ludzie należą do pokolenia, w którym najwięcej, bo niemal połowa, osób może się pochwalić dyplomem uczelni wyższej. A zatem z jednej strony – bardzo powszechne wykształcenie wyższe, z drugiej stosunkowo słabe osiągnięcia w tak podstawowej dla edukacji czynności jak czytanie ze zrozumieniem.  Czyżby syndrom collegium humanum i wcale niesubtelna różnica pomiędzy posiadaniem dyplomu a byciem człowiekiem wykształconym?

 

Polska luka kompetencyjna

Zaraz, zaraz – powiecie, ale przecież w porównaniu z innymi, osoby z wyższym  wykształceniem wyraźnie lepiej radzą sobie z czytaniem tekstów. Tak, to prawda, tylko że… gdyby sama edukacja formalna skutecznie „domykała” różnice w kompetencjach, można byłoby oczekiwać, że osoby z wyższym wykształceniem w Polsce będą zbliżały się do wyników swoich odpowiedników w innych krajach OECD. Tymczasem dzieje się odwrotnie: im wyższy poziom wykształcenia, tym większy dystans Polski do średniej OECD.

·         Osoby z wykształceniem poniżej średniego uzyskują u nas średnio 203 punkty, przy średniej OECD wynoszącej 207 punktów — różnica jest więc niewielka.

·         Wśród osób z wykształceniem średnim lub policealnym ale nie wyższym wynik Polski to 228 punktów wobec 250 punktów w OECD, czyli 22 punkty mniej.

·         Jeszcze większa luka pojawia się wśród osób z wykształceniem wyższym: w Polsce osiągają one średnio 255 punktów, podczas gdy średnia OECD wynosi 283 punkty. To różnica aż 28 punktów.

Nie chciałbym, żeby Wam umknęło. Pozwólcie więc że to podkreślę:

w Polsce posiadacze dyplomu uczelni wyższej mają średni wyniki zaledwie 5 punktów wyższy niż średnia OECD wśród osób z wykształceniem średnim.

Przyznam, że nie przepadam za biczowaniem się, gdy chodzi o to, jak wypadamy na tle innych. (Może jedynym wyjątkiem w tym zakresie są polscy piłkarze.) Tym razem jednak wyniki dostarczone przez OECD dają do myślenia. To, że niektórzy niekoniecznie się rozwijają – nie jest dla mnie zaskoczeniem. Wystarczy przypomnieć sobie swoją klasę z podstawówki – zawsze był tam jakiś Łysy albo Radzio, któremu szkoła po prostu zawadzała. Te dane mówią jednak o ludziach, którzy poszli na studia i, uwaga, je ukończyli. Daje do myślenia, co? Jeśli absolwenci uczelni w Polsce osiągają wyniki znacznie niższe niż absolwenci uczelni przeciętnie w OECD, to pytanie nie brzmi już tylko: „czy oni się uczą?”, ale także: „czego i jak się uczą?”.

Dla uzupełnienia obrazu dodam tylko: podobny problem pojawia się przy kompetencjach matematycznych. Polska również znajduje się w grupie krajów o niskich wynikach.

 Co właściwie robi dobry czytelnik?

Badacze zajmujący się rozumieniem tekstu od lat pokazują, że dobry czytelnik nie tylko „odbiera” tekst. On go przetwarza. Łączy to, co napisane wprost, z tym, co zasugerowane. Korzysta z wcześniejszej wiedzy, doświadczenia i kontekstu. Dopiero wtedy powstaje coś, co badacze nazywają mentalnym modelem tekstu — czyli wewnętrznym zrozumieniem sytuacji, problemu lub argumentu.

Studenci czytają po powierzchni

I tu pojawia się problem, który wcale nie dotyczy tylko dzieci czy uczniów. Badania prowadzone wśród studentów pokazują, że wielu z nich zatrzymuje się na podstawowym, dosłownym, poziomie rozumienia. Potrafią znaleźć fragment informacji, ale mają trudność z wnioskowaniem, streszczeniem głównej myśli, uchwyceniem struktury argumentu czy oceną tego, co w tekście jest naprawdę istotne. A przecież szkolnictwo wyższe w ogromnym stopniu opiera się na pracy z tekstem: artykułami, podręcznikami, raportami, teoriami, definicjami i danymi. Mało tego; coraz częściej wskazuje się, że kompetencje właśnie w tym zakresie będą kluczowe w zawodach szeroko wykorzystujących sztuczną inteligencję.

To ważne, bo studia zakładają, że student potrafi nie tylko czytać, ale też: analizować, porównywać, syntetyzować, oceniać krytycznie. Tymczasem niektóre badania sugerują, że wielu studentów zwyczajnie nie potrafi tak czytać. Nie wiedzą po co czytają. Nie upewniają się, czy naprawdę rozumieją tekst. Nie wracają do trudnych fragmentów. Nie zadają sobie pytań. Nie robią syntezy. Czytają „po powierzchni”.

Papier, ekran i rozproszenie

Dzisiaj dochodzi do tego jeszcze jeden aspekt. Okazuje się, że rozumienie tekstu zależy nie tylko od samego czytelnika, ale również od formy tekstu. Inaczej czytamy tekst drukowany, inaczej cyfrowy. Część badań wskazuje, że teksty drukowane bywają łatwiejsze do głębokiego przetwarzania niż te same treści czytane na ekranie. Ekran sprzyja szybkiemu przeglądaniu, skanowaniu, przeskakiwaniu między fragmentami. Papier zachęca do spokojniejszego, bardziej linearnego czytania. Oczywiście nie znaczy to, że tekst cyfrowy jest z definicji gorszy, ale jego forma może wpływać na sposób koncentracji.

Nie każdy tekst jest taki sam

Znaczenie ma również rodzaj tekstu. Teksty narracyjne, opowieści, często czyta się łatwiej, bo mają bohaterów, ciąg zdarzeń i naturalną logikę. Teksty ekspozycyjne — naukowe, analityczne, wyjaśniające — są zwykle trudniejsze, bo wymagają śledzenia pojęć, zależności, argumentów i danych. Tu nie wystarczy pamiętać, „co się wydarzyło”. Trzeba zrozumieć, jak elementy tekstu są ze sobą powiązane.

Czytanie ze zrozumieniem to nie luksus humanistów

Na koniec; opisany problem nie dotyczy tego, czy ludzie poradzą sobie z czytaniem „Anny Kareniny”. Pewnie, cudownie by było, gdybyśmy wszyscy byli w stanie docenić prozę Tołstoja, ale czasami potrafię zrozumieć tych, którzy twierdzą, że nie są humanistami. Próbowaliście kiedyś czytać „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta?

Problem jest jednak szerszy i głębszy. Niskie kompetencje czytelnicze i matematyczne to nie problem z wierszami Miłosza, to organicznie sprawczości.  

Ktoś, kto gorzej rozumie teksty i liczby, staje się zależny od innych.

Łatwiej nim manipulować.

Trudniej mu korzystać z praw, usług publicznych, edukacji, rynku pracy i informacji zdrowotnych.

Trudniej mu także uczestniczyć w debacie publicznej.

Dobrnęliście aż tutaj?

Wy moi wspaniali Niestatystyczni.