Pułapka wielkich oczekiwań. Dlaczego „celowanie w Księżyc” bywa bolesne?

Od dziecka słyszymy, że chcieć to móc, a limitem jest niebo. W dorosłość wchodzimy więc z wielkimi oczekiwaniami. Problem w tym, że zamiast motywować, mogą skazywać nas na rozczarowanie. Badania pokazują: receptą nie jest ani ślepy optymizm, ani pesymizm.

Pułapka wielkich oczekiwań. Dlaczego „celowanie w Księżyc” bywa bolesne?

Zderzenie z brutalną rzeczywistością

Masz dziecko i powtarzasz mu: „mierz wysoko”, „nie zadowalaj się przeciętnością”, „jeżeli chcesz, to możesz”. A może jesteś na tyle uduchowiony, że stosujesz metafory w stylu: „celuj w Księżyc, nawet gdy chybisz, wylądujesz pośród gwiazd”. Wchodzisz w rolę mentora z filmików motywacyjnych: „poproś, uwierz, otrzymaj”. Cytujesz disnejowskie postacie: „Jeżeli potrafisz o tym marzyć, to potrafisz to zrobić”. Jasne, intencje masz dobre – przecież chodzi ci o to, by mały człowiek odkrywał i wykorzystywał swój potencjał. To dlatego my, rodzice, opiekunowie, a czasem nawet nauczyciele, zapewniamy dzieci, że mogą osiągnąć wszystko, co sobie postanowią. I tak drepcze sobie pędrak przez życie, radośnie machając niebieskim wiaderkiem z muchomorkiem, aż nie pacnie nosem w ścianę brutalnej rzeczywistości.

Wychodzimy z dzieciństwa uzbrojeni w zgodę na to, że można chcieć więcej. To samo w sobie nie jest złe. Optymizm, o czym wspomina wielu badaczy, jest z reguły czymś dobrym. Gorzej, gdy to, co było nie tylko wymagającym wysiłku, ale też obwarowanym ryzykiem niepowodzenia celem, staje się prognozą. Dziś ciężko pracuję – jutro awansuję. Planuję wydatki – to pojawią się oszczędności. Wystarczy, że się postaram, a wszystko ułoży się po mojej myśli.

A potem przychodzi to irytujące jutro, gdy (znowu) jest nie tak. Prognoza pogody.  Miało być słońce, a siąpi deszcz; miało być ciepło i jest, ale dopiero po założeniu grubych skarpet. Miało być volvo, a jest dacia. Miała być willa, a jest altanka. Miał być książę, a są skarpetki na podłodze.

Koszty przestrzelonych nadziei

Czy to oznacza, że lepiej nie wierzyć w to, że będzie lepiej?

Czy dla własnego szczęścia lepiej tępić swoje oczekiwania i powtarzać dzieciom: „nie oczekuj za dużo”, by je chronić przed frustracją?

Brzmi jak logiczne wyjście z sytuacji, ale sprawy są nieco bardziej skomplikowane.

Zacznijmy od prac Davida de Meza i Chrisa Dawsona. Postanowili oni sprawdzić, jak na ludzi oddziałują ich własne przewidywania dotyczące przyszłego stanu finansów. W tym celu wykorzystali dane z brytyjskiego badania panelowego, w którym przez 18 lat pytano tych samych uczestników o ich sytuację. Do analizy wybrali 1600 osób biorących udział we wszystkich falach. Każdego roku pytano je, czy za rok będą w lepszej, gorszej, czy podobnej sytuacji finansowej. Rok później porównywano te przewidywania z tym, co rzeczywiście się wydarzyło.

Dzięki temu badacze mogli odróżnić człowieka, który spodziewał się poprawy i jej doświadczył, od tego, który spodziewał się poprawy, choć ta nie następowała. Pierwszy z nich był optymistą, drugi też, tyle że nadmiernym. Pierwszy trafnie oceniał to, co przyniesie mu przyszłość, drugi zwykle przestrzelał. Oprócz porównania oczekiwań z rzeczywistością sprawdzono, jak trafność tych przewidywań łączy się z deklarowaną satysfakcją z życia.

Najbardziej zadowolone były osoby, których sytuacja finansowa była dobra, a ich przewidywania stosunkowo trafne. Gorzej czuli się ci, którzy regularnie oczekiwali więcej, niż ostatecznie otrzymali. Ale – co trzeba wyraźnie podkreślić – najgorzej radzili sobie ci, którzy zwykle spodziewali się pogorszenia swojej sytuacji, nawet wtedy, gdy te obawy się nie urzeczywistniały!

Wnioski są więc dwa:

·  Nadmierne, a przez to zwykle niezaspokojone oczekiwania prowadzą do mniejszej satysfakcji z życia.

·  Pesymistyczne zaniżanie oczekiwań wcale nie jest dobrym sposobem na uniknięcie rozczarowań. Działa tu przewrotny mechanizm: o ile osoby z nadmiernymi oczekiwaniami płacą rachunek w momencie weryfikacji, o tyle celujący nisko pesymiści ponoszą koszty emocjonalne od razu.

Gdy mózg symuluje ideał

Skupmy się jednak na tym pierwszym problemie – dlaczego wygórowane oczekiwania tak bardzo szkodzą. Z wysokimi oczekiwaniami jest jak z wydawaniem reszty w sklepie. Mocno wątpliwe, że poczujesz euforię słysząc: „Proszę, oto paragon i 13 złotych reszty”. Gdy jednak kasjerka się pomyli i wyda ci zaledwie 3 złote, czujesz wzburzenie i podnosisz alarm, skandal, szok i przemarsz wojsk. Przy kasie masz przynajmniej prawo domagać się swojej własności. Gdy jednak zawodzi cię życie – nie ma instancji odwoławczej. Nie ma paragrafów i rzecznika praw osób rozczarowanych. Zostajesz z tym sam jak Czerwony Kapturek z wilkiem.

Nadmierne oczekiwania robią dwie rzeczy naraz: podnoszą próg, od którego zaczyna się zadowolenie, i drastycznie zmniejszają szansę na miłą niespodziankę. Nasz mózg to potężny symulator rzeczywistości. Tworzymy bardzo szczegółowe wizje doskonałych wakacji, romantycznej kolacji czy wymarzonego prezentu. Stają się one punktem odniesienia dla prawdziwych doświadczeń. Odczuwamy radość, gdy rzeczywistości uda się sprostać wizji, ale każde odstępstwo prowadzi nas wprost w grzęzawisko frustracji.

Spodziewamy się, że z okazji urodzin partner zabierze nas do restauracji z gwiazdką Michelin, a lądujemy w uroczej hiszpańskiej tawernie, jedząc świetne owoce morza. Obiektywnie było miło. Może jedzenie było pyszne, a wino doskonałe, ale my i tak czujemy się w głębi duszy „oszukani”. Daniel Kahneman, psycholog i laureat Nagrody Nobla z ekonomii, dawno udowodnił, że ludzie zwykle nie oceniają zdarzeń takimi, jakie one są, ale przez pryzmat tego, jak bardzo różnią się od pierwotnych oczekiwań.

Kto jest winien, gdy bańka pęka?

Trudność z nadmiernymi oczekiwaniami polega na tym, że w naszej głowie wydają się one całkowicie racjonalne i uzasadnione. Wierzymy, że jeśli tylko włożymy w coś wysiłek, będziemy wytrwali i ambitni, to osiągniemy cel. W tym myśleniu tkwią jednak dwa potężne błędy.

Po pierwsze: nie wszystko zależy od nas. Możesz pracować po godzinach, brać na siebie odpowiedzialność i robić więcej, niż do ciebie należy, a awans i tak dostanie ktoś inny. Możesz robić wszystko, by rozkręcić innowacyjny biznes, a i tak polegniesz, jak twórcy dziewięciu na dziesięć startupów.

Po drugie: nasze oczekiwania wobec innych są często kompletnie odklejone od rzeczywistości. Widać to świetnie w związkach. Nierealistyczne założenia dotyczące partnera mają swoje źródło w wyobraźni, gdzieś między wyidealizowanym światem social mediów a scenariuszem komedii romantycznej. Oczekujemy, że druga osoba nie tylko zaspokoi nasze potrzeby, ale wręcz wyprzedzi ich powstawanie, podzielając wszystkie nasze pasje i wartości.

Kiedy czekamy na ważną decyzję – ofertę pracy, wynik testu czy przełom w związku – nasza reakcja jest przygotowana na długo przed faktem. Im większa przepaść między wyobrażeniem a rzeczywistością, tym boleśniejsze zderzenie. W pracy brak awansu opłakujemy jak utratę przyszłości, która tak naprawdę istniała tylko w naszej głowie.

Reagujemy na to dwojako: obwiniamy siebie („to ze mną jest coś nie tak, nie byłem wystarczająco dobry”) lub innych („nie docenili mnie, to ich wina”). Ten sam schemat wkrada się w relacje towarzyskie. Jeśli twój przyjaciel regularnie płaci za twoją kawę, z czasem jego hojność staje się dla ciebie normą. Gdy raz tego nie zrobi, czujesz rozczarowanie zupełnie nieproporcjonalne do faktu – reagujesz na złamanie niepisanego oczekiwania, a nie na samo zdarzenie.

Złudzenie pełnej kontroli nad rzeczywistością potrafi być uspokajające, ale ostatecznie tłucze nas sierpowym w narożniku ringu. Wydaje mi się, że prawdziwą dojrzałością nie jest całkowite wyzbycie się oczekiwań – to uczyniłoby z nas roboty bez ambicji i pragnień – ale raczej nauka ich uelastyczniania. To takie ciche przyzwolenie na to, że scenariusz napisany przez życie może odbiegać od naszego osobistego draftu, ale wciąż potrafi być fascynujący.

Oczekiwaliście więcej od tego tekstu? Rozczarowani? A kto jest temu winny?