Odkryj siebie, zamiast się naprawiać. Dlaczego życiowy plan czasem warto wyrzucić do kosza?
Cel, plan, konsekwencja. A jeśli po drodze odkryjemy, że zmierzamy ku życiu, które wcale nam nie odpowiada? Czasem warto przestać poprawiać siebie pod wymagania planu i sprawdzić, czego naprawdę chcemy. Małe eksperymenty pozwalają zacząć bez gotowej odpowiedzi na pytanie, dokąd nas to zaprowadzi.
– Gdzie widzi się Pan za pięć lat?
To jedno z tych pytań rekrutacyjnych, na które wypada mieć gotową odpowiedź. Najlepiej ambitną, ale rozsądną. Coś o odpowiedzialności, rozwijaniu kompetencji i lojalności wobec firmy.
A gdyby tak szczerze i refleksyjnie odpowiedzieć:
- „Jeszcze nie wiem. Sprawdzam. Testuję. Chcę się dowiedzieć, co tak naprawdę mi odpowiada”?
Internetowe i drukowane poradniki nie przewidują takiej wersji. To się nie sprzeda. Wywoływanie konsternacji u rekrutujących to krok zbyt ryzykowny.
Wymagamy od siebie i od innych, by nasza przyszłość była zaplanowana. Bezrefleksyjnie zakładamy, że doskonale znamy potrzeby i pragnienia człowieka, którym będziemy za te kilka lat. Jesteśmy przekonani, że to, co cenimy dzisiaj, pozostanie dla nas niezmiennie ważne.
Jest cel. Jest plan. No to w drogę.
Życie jak strzałka na wykresie
Szkoła. Studia. Dobra praca. Awans. Mieszkanie. Może rodzina. W międzyczasie troska o zdrowie, rozwijanie zainteresowań, joga, duolingo, citybrejki, wypady na majówkę i koniecznie oszczędzanie na emeryturę. Życie ma przypominać rosnącą strzałkę na wykresie. Przechodzimy z punktu do punktu. Całość podzielona jest na etapy, z których każdy kolejny w sposób logiczny i uzasadniony wypływa z poprzedniego.
Wzorowe CV. Dobra opowieść o życiu.
Już jako dziecko wiedział, czego chce. Potem konsekwentnie to realizował. Z determinacją i zapałem pokonywał przeszkody. W końcu – sukces. To układ idealny, zwłaszcza gdy na etapie pisania biografii usunie się z niej ślepe trafy, nietrafione decyzje, pomoc innych ludzi i długie okresy, gdy nasz bohater nie miał bladego pojęcia, co właściwie robi. Tak w skrócie wygląda niemal każda opowieść o ludziach sukcesu. W podobny sposób próbujemy pisać własną historię, zanim jeszcze poznamy jej zakończenie.
Teraźniejszość jako poczekalnia
Jak zauważa Anne-Laure Le Cunff w książce Tiny Experiments, myślenie o rozwoju wyłącznie jak o wspinaniu się po kolejnych szczeblach może zamienić teraźniejszość w poczekalnię. Teraz jest ciężko, ale potem będzie dobrze.
Zaczynamy żyć pod dyktando dwóch słów: „po” i „kiedy”. Po projekcie. Po obronie. Po spłacie kredytu. Kiedy dzieci dorosną. Kiedy w pracy będzie luźniej.
W takim ujęciu odpoczynek łatwo uznać za zaniedbanie. Spotkanie z przyjaciółmi za stratę czasu. Cudzy sukces za wiadomość o tym, że sami za mało się przyłożyliśmy.
Idea wyznaczania celów ma mocne zaplecze naukowe. Od lat sześćdziesiątych XX wieku Edwin Locke rozwijał teorię wyjaśniającą ich rolę w motywacji. W zarządzaniu popularność zdobyła także formuła SMART. W jednej z jej rozpowszechnionych wersji cel powinien być konkretny, mierzalny, osiągalny, istotny i określony w czasie: specific, measurable, achievable, relevant, time-bound. To podejście opiera się na złudnym przekonaniu, że możemy skontrolować wszystko tak, by na czas dotrzeć do mety.
To przydatne narzędzie do porządkowania działań. Kłopot pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować całe życie jak projekt, którego wynik można z góry opisać i wpisać do kalendarza.
Istnieje wiele dowodów na to, że wyznaczanie celów rzeczywiście pomaga zmieniać zachowanie. Metaanaliza obejmująca 141 publikacji i ponad 16 tysięcy uczestników wykazała niewielki, ale istotny statystycznie efekt. Większe efekty obserwowano w badaniach, w których cele były trudne, ogłaszane publicznie i dotyczyły grupy.
Piszę o tym, żeby było jasne: nie krytykuję samego wyznaczania celów. Dążenie do czegoś ważnego może nadawać życiu kierunek i sens. Wątpliwości budzi podporządkowanie życia celom tak sztywnym, że przestajemy sprawdzać, czy nadal nam służą.
Gdy o tym myślę, przypomina mi się historia ludzi, którzy objechali świat na rowerach. Bez planu by się nie udało, ale kiedy zapytano ich po powrocie, czego najbardziej żałują, stwierdzili jednoznacznie: tego, że za sztywno trzymali się harmonogramu. Nastawieni wyłącznie na cel, nie pozwalali sobie na zbaczanie z trasy, by zobaczyć rzeczy, które mogły okazać się fascynujące. Cele linearne mają bowiem potężne wady: wzbudzają lęk, sprzyjają toksycznej produktywności i zmuszają do ciągłej rywalizacji.
Biec z całych sił, by stać w miejscu
Często dążymy do celu tylko po to, by w ogóle się czymś zająć. Wymyślamy zadania, żeby coś się działo. To mechanizm znany z lotnisk – długi spacer po terminalu do taśmy z bagażem sprawia, że pasażer ma cel i jest zajęty. Pasażer po prostu stojący i czekający na walizkę szybko się frustruje.
Skupiając się na celach, nierzadko ulegamy też katastrofizowaniu: „Jeśli natychmiast czegoś nie zrobię, wydarzy się tragedia, za którą będę w pełni odpowiadać”. Dlatego zamiast zapytać siebie o to, jak się w swoim życiu czujemy, szukamy sposobów, by robić i osiągać więcej.
A ponieważ wielu chce wejść na tę samą drabinę, trzeba się przepychać. Spoglądamy na innych wspinających się obok i próbujemy ich prześcignąć. To paradoks opisany w książce Po drugiej stronie lustra, gdy Czerwona Królowa tłumaczy Alicji: „Aby pozostać w tym samym miejscu, trzeba biec z całych sił. A jeżeli chcesz dostać się gdzie indziej, musisz biec dwa razy szybciej”.
Co gorsza, rzadko towarzyszy nam refleksja, czy cel, do którego biegniemy, jest w ogóle nasz. Filozof René Girard nazwał to pożądaniem mimetycznym: pragniemy różnych rzeczy tylko dlatego, że pragną ich inni. Zapracowanie stało się dowodem na to, że jesteśmy potrzebni, a nasze istnienie ma sens. To narzędzie do zagłuszania niepewności.
Zamiast się naprawiać – zacznij eksperymentować
Problem pojawia się w zderzeniu z rzeczywistością, gdy życie wymyka się planom. Co robimy? Poprawiamy plan! Zmieniamy wykonanie. Wstajemy wcześniej, instalujemy kolejną aplikację, wdrażamy nową poranną rutynę. Skoro życie nie chce współpracować, musimy naprawić siebie, bo najwyraźniej obecna wersja nas samych jest wadliwa.
A gdyby tak po prostu odpuścić?
Naukowcy udowodnili, że zdolność do wycofywania się z nierealistycznych celów jest potężnym buforem chroniącym nasze zdrowie. Elastyczność w rezygnacji z planu chroni nie tylko psychikę, ale też ciało – osoby mające trudności z odpuszczaniem charakteryzują się stale podwyższonym poziomem kortyzolu i częstszymi stanami zapalnymi.
Wiele życiowych decyzji podejmujemy tak, jakby ktoś wcześniej napisał dla nas instrukcję obsługi. Żyjemy według gotowych scenariuszy, bo zwalnia nas to z konieczności rozważania innych opcji. A gdybyśmy tak, zamiast ciągle się naprawiać, spróbowali się poznać?
Tu z pomocą przychodzi idea „małych eksperymentów” (tiny experiments). Zamiast stawiać przed sobą wielki, sztywny cel obliczony na lata, zrób dziś jeden, mały krok w nieznane. Sprawdź nowe hobby bez zakładania, że musisz w nim zostać mistrzem. Pojedź do pracy inną drogą. Powiedz „tak” projektowi, który nie pasuje do twojego perfekcyjnego CV, ale budzi twoją ciekawość. Eksperymenty mają to do siebie, że nie można w nich ponieść porażki – każda próba dostarcza danych. Przestańmy planować każdy krok na pięć lat do przodu. Zróbmy mały test dzisiaj, wyciągnijmy wnioski i zobaczmy, dokąd nas to zaprowadzi. Życie nie jest projektem do zrealizowania. Jest przestrzenią do odkrycia siebie samego.